Życie bez ekranu – czy tak się da?

Pod koniec listopada zepsuł mi się telefon, po prawie 10 latach użytkowania. To podobno bardzo dobry wynik. Na szczęście nauczona podobnym doświadczeniem rok temu (kiedy to telefon się zawiesił i musiałam czekać aż się rozładuje, żeby go zrestartować) miałam spisane wszystkie kontakty oraz zgrane zdjęcia. Więc zupełnie się tym nie zmartwiłam. Za to ucieszył się Oszczędnicki, bo już od zeszłego roku (po tym fałszywym alarmie) namawiał mnie na zmianę telefonu. Dodatkowo niektóre aplikacje przestały już na nim działać. Kilka tygodni temu dostałam też maila od jednego z banków z prośbą o aktualizację systemu, bo ten z którego korzystam traci wsparcie. Musi być nowszy.

Gdyby się nie zepsuł, zapewne dalej bym z niego korzystała. Ale skoro dokonał wyboru za mnie… Postanowiłam zrobić eksperyment, czy jestem w stanie funkcjonować bez tego urządzenia…

Już pierwszego dnia doszłam do wniosku, że to niemożliwe, bo zupełnie nie miałam kontaktu z rodziną i znajomymi.
Oczywiście mogłam od czasu do czasu skorzystać z telefonu Oszczędnickiego, ale jednak to nie było najlepsze rozwiązanie.

Na szczęście mieliśmy w domu jakąś działającą „antyczną” Nokię – już nie kultową Nokia 3310, ale już nowszą, kolorową – i nawet smsy układają się w dialog ;). Postanowiłam spróbować, czy będę w stanie tak funkcjonować.

Pierwszy problem pojawił się, gdy chciałam się zalogować do bankowości internetowej pewnego banku. Żeby się zalogować na komputerze, musiałam potwierdzić tę akcję w aplikacji (której rzecz jasna nie miałam). Z kolei aby zmienić sposób potwierdzania logowania na SMS, należało dokonać tej zmiany… w aplikacji (alternatywnie w oddziale banku). Ale postanowiłam, że nie będę się zrażać taką drobnostką i trwałam dalej w swoim eksperymencie.

Ze zdziwieniem odkryłam jak bardzo polegałam wcześniej na swoim telefonie. Jak niepostrzeżenie stał się częścią mojego życia. Ile razy dziennie sprawdzałam coś w googlu albo kontaktowałam się z jakąś osobą. Wcale nie wydawało mi się, że korzystałam z telefonu jakoś szczególnie dużo, bo jeśli chodzi o media społecznościowe to nie korzystałam z nich jakoś nadmiernie. Od czasu do czasu sprawdziłam coś na insta – już od bardzo dawna nie publikuję nic sama. A tu się okazało, że jednak bardzo na tym telefonie polegałam: mapy, wyszukiwarka, podcasty.

Zaczęłam się zastanawiać, jak to było kiedyś. Gdzie ludzie sprawdzali informacje? W książkach, w bibliotece, w telewizji, gazetach? Jak dowiadywali się ciekawostek np. o swoich ulubionych muzycznych wykonawach, albo pisarzach, albo jak upiec ciasto czekoladowe bez jajek. To niesamowity przeskok na przestrzeni niemal kilkunastu lat (właściwie mówimy już o dziesięcioleciach, ostatnie 20–25 lat). Abstrakcja!

Przypomniała mi się też nasza podróż dookoła świata. I pomyślałam, że jestem BARDZO szczęśliwa, że mieliśmy okazję odbyć ją jeszcze w erze sprzed mobilnego internetu. Teraz to zupełnie inny wymiar podróżowania.

I jasne, zdaje sobie sprawę, że internet mobilny przyniósł mnóstwo wspaniałych rzeczy, ale jednak sporo też nam zabrał…

Takie rozkminy. Najdziwniejsze jednak było to, że pomimo tych wszystkich braków poczułam się wolna. I to serio było bardzo dziwne. Nie spodziewałam się, że te wszystkie (przecież przydatne) aplikacje tak bardzo zajmowały moją głowę.

Policzyłam też sobie cost per use i właściwie myślałam, że będzie niższy. Telefon kosztował 1600 złotych w lutym 2016, więc wyszło ok. 0,45 groszy za każdy dzień użytkowania. Liczyłyście/liście sobie kiedyś CPU waszego telefonu?

Ostatecznie po miesiącu eksperymentu zamówiłam nowy telefon, w główniej mierze dlatego, że miałam bon do wykorzystania. Bo tak, być może dalej ciągnęłabym tez eksperyment… 😉

Oszczędnicka