Zero waste a pieniądze – oszczędnicki eksperyment

Książkę Kasi Wągrowskiej (z bloga Ograniczam Się) „Życie zero waste. Żyj bez śmieci i żyj lepiej” przeczytałam we wrześniu (opowiadałam Wam o niej na instastories). Musiałam jednak dojrzeć do tej recenzji, bo chciała sobie przemyśleć kilka spraw i spróbować wdrożyć w życie część z jej porad. Chciałam też oczywiście sprawdzić, jaki wpływ ma takie podejście do życia na finanse. Od razu Wam powiem, że książka niesamowicie mi się podobała. Jest bardzo przemyślana, przejrzyście napisana i dodatkowo wzbogacona o wywiady z zerołejstowymi gwiazdami ;). Poza tym jest pięknie wydana i z całego serca gorąco ją Wam polecam.

Pod koniec listopada postanowiłam, że zrobię eksperyment. Początkowo myślałam o próbie życia zupełnie bez odpadów, ale stwierdziłam, że tydzień to jednak trochę za mało, by wprowadzić wszystkie „aspekty zerowaste”. Tym bardziej że nie wyrzucę przecież rzeczy, które już mam (np. płatki do demakijażu, kosmetyki, pieluszki etc.). Zdecydowałam zatem, że zacznę od przyjrzenia się obecnej sytuacji (naszym zwyczajom zakupowym) i sprawdzę, w których obszarach moglibyśmy generować mniej śmieci. Eksperyment podzieliłam na 5 dni – każdego dnia zastanawiając się nad innym obszarem naszego domu (zgodnie z rozdziałami w książce „Życie zero waste”). Na pierwszy ogień poszła kuchnia, następnie łazienka, sprzątanie domu i garderoba. Sprawy dziecięce zostawiłam na sam koniec.

Od razu się Wam przyznam, że w sprawach ograniczania śmieci nie mam pełnego zrozumienia u Oszczędnickiego. Twierdzi, że my tu sobie możemy segregować, unikać plastików etc, ale to nic nie zmieni (poza tym, że sobie utrudniamy życie)… bo na całym świecie ludzie toną w śmieciach. I nie można mu odmówić racji, bo ilość śmieci walających się wszędzie np. w Azji, gdzie plastik jest używany do wszystkiego… (serio… zdziwilibyście się, jak to tam wygląda…) jest zatrważająca. No i prawda, byliśmy, na własne oczy widzieliśmy… ale to trochę taki argument, że jak wszyscy kradną czy oszukują, to ja też będę… bo nie ma po co być uczciwym. Oczywiście nie zamierzam go do niczego zmuszać, bo nie tędy droga. Tak jak pisała Kasia w swojej książce, trzeba zacząć od siebie i świecić przykładem i  dać rodzinie „dojrzeć”.

„Z doświadczenia jednak wiem, że od akceptacji do adaptacji daleka droga. Występuje tu zjawisko, które opisałabym tak: jeśli ktoś w moim otoczeniu wybiera życie zgodne z zasadami ekologii i takie, które jest zgodne z moją moralnością, to mogę to zaakceptować, ale nie oznacza to, że sam muszę stosować się do jego reguł. Warto się z tym pogodzić bez podejmowania walki i przekonywania na siłę do swoich racji, bo to może przynieść więcej szkody niż pożytku. I warto pamiętać, że kropla drąży skałę, zatem jest szansa, że z czasem być może i najbliżsi przyjmą nasze zasady.”

Dla mnie podejście „zero waste” jest świetną wymówką na tzw. „proste życie”. Taka idea jest mi bardzo bliska, ale ciężko to czasem wytłumaczyć „współczesnym” (nastawionym na konsumpcję) ludziom. Niektórym nie mieści się w głowie, że ktoś może świadomie rezygnować z tych wszystkich „niezbędnych uciech życia” w imię… prostoty? spokoju? wolności? etc. A jednak wytłumaczenie, że to dla dobra Planety jest do przyjęcia, chociaż i tak w niektórych kręgach uchodzi się za dziwaka.

Wydaje mi się, że ze śmieciami jest taki problem, że wielu  ludziom wydaje się, że nie ma żadnego problemu. Generujemy odpady, wrzucamy je do kosza, wynosimy z domu i zapominamy o sprawie. Czasem tylko oburzymy się, że znowu podnieśli ceny „za śmieci”. Ale gdybyśmy sami musieli utylizować to, co produkujemy… myślę, że wiele by się zmieniło. A tak żyjemy w bańce, przekonani, że za kilkanaście złotych miesięcznie ktoś zajmie się tym problemem za nas.

No dobrze, ale przejdźmy do mojego eksperymentu:

Kuchnia

Według Kasi to tutaj generujemy najwięcej śmieci. I ma pewnie rację, bo niemal wszystkie produkty spożywcze możemy znaleźć w plastiku. Dodatkowo przynieść je w foliowej torbie do domu. A potem w foliowej torbie wyrzucić do kosza i zapomnieć o kłopocie.

Jednak według mnie wszystko zależy od diety. Jeśli ktoś je przetworzone produkty, to może tonąć w plastikach. Nasza dieta od jakiegoś czasu jest bardzo prosta (Dokładny jadłospis możesz zobaczyć w podsumowaniu jedzeniowego eksperymentu), opiera się głównie na sezonowych warzywach, strączkach, kaszach, produktach pszennych. Ja jem całkowicie wegańsko. Chłopaki jedzą też jajka (dostajemy je ze wsi w wielorazowych wytłaczankach). No i wydawać by się mogło, że nie generujemy dużo śmieci. Jednak po przejrzeniu naszych szafek okazało się, że mamy w domu bardzo dużo plastiku. Wszystkie produkty sypkie są w plastikowych workach. Jedynym wyjątkiem są ryż i płatki owsiane (w papierowych opakowaniach). Mieszkając w średniej wielkości mieście, nie mamy szans na zerołejstowy sklep z prawdziwego zdarzenia. Wprawdzie segregujemy plastik w odpowiedni sposób, ale zawsze lepiej śmieci nie generować, niż przetwarzać.

Jeśli chodzę sama na zakupy, zawsze mam ze sobą moje siatki (przerobione z firanki) na warzywa/owoce i materiałową torbę. Oszczędnicki zawsze zabiera materiałowe torby, ale jeszcze nie zawsze mu po drodze z wielorazowymi opakowaniami na pojedyncze zakupy. Robimy też zakupy ekologicznych warzyw przez kooperatywę, ale niestety zawsze są popakowane w plastiki. Jednak mam nadzieję, że to się niebawem zmieni!

W trakcie eksperymentu byłam jego większą część sama z chłopakami. Nie miałam więc czasu, ochoty, ale też potrzeby, żeby chodzić po sklepach. W tym tygodniu pojechałam w końcu do hipermarketu, żeby się rozeznać w możliwościach kupowania na wagę. I owszem jest cała „alejka”, dwa wielkie regały. Jeden z nich to żelki i ciastka na wagę, a drugi artykuły sypkie (kasze, makarony, ryże, płatki owsiane etc.), strączki, orzechy, kawa i herbata. I owszem w większości przypadków kupowanie tych produktów na wagę wychodzi taniej, ale… znalazłam wielkiego, spasionego mola spożywczego… I odeszła mi cała ochota na bezopakowaniowe zakupy… Niby można wymrozić (chociaż nie wiem, czy wszystko), ale to chyba nie o to chodzi…
Na dodatek, żeby dostać się do hipermarketu, musiałam skorzystać z samochodu i specjalnie tam pojechać. Po powrocie jeździłam pół godziny dookoła bloku, żeby znaleźć miejsce parkingowe… Owszem, to był wyjątkowy pech. Owszem, mogłabym pojechać autobusem, ale wtedy cała wyprawa zabrałaby jeszcze więcej czasu… Żeby taka „operacja” miała sens musiałabym kupować naprawdę duże ilości tych produktów, a nie mam na to miejsca w szafkach… Ale może kiedyś do tego dojrzeję. Na razie odpuszczam sobie „specjalne” jeżdżenie po produkty sypkie. Ale oczywiście, jeśli będziemy przy okazji w okolicy, to możemy po nie wpaść ;).

O ile niekoniecznie przekonuje mnie unikanie foliowych opakowań za wszelką cenę, to bardzo trafiają do mnie kolejne propozycje Kasi, żeby żyć bezodpadowo, czyli:
– planowanie,
– unikanie resztek w kuchni (lub mądre ich zagospodarowywanie),
– właściwe przechowywanie,
– gotowanie mniejszych porcji,
– mrożenie większych porcji,
– suszenie,
– kiszenie,
– przetwarzanie.

„W chłopskiej kuchni od zawsze trzymano się zasady, by w pełni wykorzystać to, co się ma, by nic się nie zmarnowało. Dziś mamy ten komfort, że w dowolnym momencie możemy wyrzucić niechciane jedzenie do śmieci i nie przejmować się tym, co później dzieje się z odpadami. Gdyby tak jednak być zmuszonym do zatrzymywania w domu wszystkich resztek, uzmysłowiłoby to nam, ile żywności marnujemy”.

 

Zirołejstowe Podsumowanie:
Gdybym się uparła, żeby żyć zupełnie bez śmieci w kuchni… to byłoby to możliwe, ale dość trudne do wykonania na obecnym etapie naszego życia. Mogłabym kupować wszystko luzem (chociaż byłoby to bardzo uciążliwe i nie do końca racjonalne z punktu widzenia wpływu na środowisko), ale zostaje jeszcze „problem” odpadów organicznych. Tu rozwiązaniem byłby kompostownik, ale w najbliższym czasie nie ma na to szans. No i musiałabym przekonać Oszczędnickiego… Ale pomimo tych folii przy produktach sypkich uważam, że w porównaniu ze statystyczną polską rodziną nie generujemy jakichś zatrważających ilości śmieci.
Finanse: Jedzenie na wagę jest w przeważającej większości tańsze od tego pakowanego. Bezodpadowe zakupy wymagają lepszego planowania, a kreatywne wykorzystanie resztek (lub ich brak) również sprzyja naszemu budżetowi.

 

Łazienka

Mamy raczej minimalistyczną łazienkę. Nie ma tam zapasów kremów, szamponów etc. ale wszystko mamy w plastikach. Używamy jednorazowych maszynek (chociaż jak zapewne większość ludzkości, nigdy jeden raz :P). Korzystam z jednorazowych płatków kosmetycznych (zostały mi jeszcze dwa opakowania, bo jakiś czas temu kupiłam trójpak, ale kiedy mi się skończą, mam zamiar spróbować płatków wielorazowych). Próbowałam kiedyś demakijażu olejami, ale używałam do tego jednorazowych ręczników. No i niespecjalnie służyło to mojej skórze. Nie bawi mnie też zupełnie kręcenie własnych kremów. Wolę mój czas przeznaczać na inne rzeczy. Ale od teraz będę zwracać baczniejszą uwagę na opakowanie kosmetyków. Zastanawiam się też nad rezygnacją z płynnego mydła (chociaż jest takie wygodne!) na rzecz tego w kostce.

Jeśli chodzi o środki higieny kobiecej, to kiedyś korzystałam z jednorazowych podpasek i tamponów. I o ile nie wyobrażam sobie tych pierwszych wielorazówek, to przymierzam się do kubeczka menstruacyjnego. Po ciąży z Juniorem miałam zamiar go sobie kupić (zachęcona recenzją Bogusi), jednak nie zdążyłam, bo nosiłam w sobie Najmłodszego. Ale za jakiś czas znowu o tym pomyślę.

Zirołejstowe Podsumowanie:
W tej kategorii byłoby mi ciężko żyć w 100% bezodpadowo. Nie oddam nikomu mojej elektrycznej szczoteczki. Nie mam też teraz ochoty na eksperymenty z szamponem czy wytwarzanie domowych kremów, ale… będę korzystać z wielorazowych płatków, kubeczka menstruacyjnego i mydła w kostce.
Finanse: Kosmetyki w szklanych opakowaniach zazwyczaj są droższe od tych w plastikach. Nie wiem, jak wygląda cenowo np. z kremami własnej roboty. Ale można zaoszczędzić np. na płatkach czy środkach higieny kobiecej. Dobre mydła w kostce są droższe od marketowych w płynie, jednak trzeba też zwrócić uwagę na skład.

Sprzątanie domu

Chociaż używamy detergentów dość oszczędnie (a to przecież też się liczy), to niestety wszystko jest w plastikach.
– Pierzemy wszyscy w tym samym proszku dla dzieci. Nie używamy płynu do płukania.
– Mieliśmy kilka podejść do szerszego zastosowania sody oczyszczonej, ale niestety w naszym przypadku się nie sprawdziła. Wprawdzie korzystamy z niej przy udrażnianiu rur i czyszczeniu piekarnika, ale już do wanny czy umywalki wolę sklepowe mleczko.
– Nie widzę też alternatywy dla płynu do podłóg.
– Do mycia naczyń używamy ekologicznego płynu.

Zirołejstowe Podsumowanie:
W książce Kasi spodobał mi się przepis na domowy proszek do prania i do zmywarki, więc jak skończą nam się sklepowe produkty, spróbujemy tych specyfików. Ale póki co nie zrezygnuję z reszty środków czystości.
Finanse: 100% życie bezodpadowe jest tańsze, chociaż nie jestem przekonana co do skuteczności wszystkich produktów.

Garderoba

Brak śmieci w tej kategorii nie stanowi dla mnie wyzwania. Od jakiegoś czasu jestem bardzo wybredna i kupuję tylko takie rzeczy, których jestem w 100% pewna (że ich potrzebuję, że idealnie na mnie leżą i pasują do innych moich ubrań) np. w wakacje przymierzałam się do kupna sandałów, ale ostatecznie ich nie kupiłam. Bardzo bliska jest mi idea szafy kapsułkowej, chociaż mam znacznie więcej niż 33 ciuchy. Pisałam o tym w kontekście minimalistycznej garderoby w ciąży i niebawem planuję kolejny wpis z tej serii.

Oszczędnicka szafa – część 1
Oszczędnicka szafa – część 2
Capsule wardrobe w ciąży – oszczędnicka szafa części 3

 

Finanse: Dzięki świadomemu podejściu do zakupów bezodpadowe życie jest ZNACZNIE tańsze.

Dzieci

To kategoria, która w naszym przypadku generuje najwięcej śmieci, za sprawą jednorazowych pieluszek. Dotychczas nie zdecydowałam się na próbę wielorazowych (chociaż myślałam o tym przy Juniorze). Na szczęście przemiana materii Najmłodszego jest zupełnie inna (tzn. nie brudzi pieluszek tak często, jak jego starszy brat) i myślę, że to może się udać. Planuję zmierzyć się z tematem już niebawem.

Jeśli chodzi o inne obszary: jedzenie, ubrania i zabawki to na szczęście mamy się tu czym pochwalić ;). Generujemy bardzo mało śmieci. Nie kupujemy żadnej „specjalnej” żywności dla dzieci. Obaj chłopcy pili tylko moje mleko. Przy rozszerzaniu diety Juniora nie korzystaliśmy z żadnych gotowców (jadł po prostu to, co my). Czasem zdarzy się jakiś soczek, ale wtedy staramy się, żeby był w szklanej butelce. Nie kupujemy żadnych „zabawkowych dupereli”, ale uważam, że nie można się też dać zwariować i zrezygnować zupełnie z nowych zabawek.

Zirołejstowe podsumowanie:
W niedługim czasie planuję podejście do pieluch wielorazowych, co znacząco ograniczy ilość naszych śmieci.
Finanse: Według różnych obliczeń, które widziałam na blogach, pieluchowanie wielorazowe jest w ogólnym rozrachunku tańsze niż jednorazówki, chociaż wstępna inwestycja jest znacząca. Samodzielne gotowanie i niekorzystanie ze specjalnych produktów dla dzieci jest również znacznie tańsze.

Eksperyment śmieciowy

Oprócz przyglądania się wyżej wymienionym obszarom postanowiłam też prześwietlić nasze kosze. Najpierw spisywałam dokładnie wszystkie śmieci, ale później stwierdziłam, że wystarczy kategoryzacja w przypadku tych odpadów, które się powtarzały. I tak przez tydzień wyrzuciłam dwa 35l worki na śmieci i dwie materiałowe torby odpadów recyklingowych (plastik, papier, szkło).

Folia:
– opakowanie po proszku
– opakowanie po krakersach
– opakowanie po ozdobach choinkowych
– opakowanie po makaronie
– opakowanie po szpinaku
– butelka po wodzie
– opakowanie po orzechach
– opakowanie po pierogach
– opakowanie po ciecierzycy
– opakowanie po kwasku cytrynowym
– opakowanie po soczewicy
– opakowanie po soczewkach

Papier:
– rolka po papierze kuchennym
– rolka od papieru toaletowego
– 2 kartoniki po lekach

Szkło:
– szklane opakowanie po soku z marchwi

Mieszane:
– pieluszki (!!!)
– chusteczki do nosa
– obierki po kalarepce
– obierki po marchewce
– saszetki po lekach
– opakowanie po soczku
– skórka od banana
– resztka owsianki
– skorupki od jajka
– fusy po kawie
– torebka po herbacie
– opakowanie po herbacie
– opakowanie po witamiach
– płatki do demakijażu
– złotko po czekoladzie
– ogryzek od jabłka
– obierki po ziemniakach
– puszki po fasoli
– łupinki od orzechów
– wkładki laktacyjne
– łupiny po czosnku
– łupiny z cebuli

Doskonale widać, że część z tych śmieci nadawałaby się na kompost, gdybym tylko miała kompostownik. Niestety mamy naprawdę małą kuchnię (nie zmieściła się nawet zmywarka!), ale w naszym przyszłym domu na pewno takie ustrojstwo zagości. Jeżeli chodzi o obierki po warzywach korzeniowych, to robię z nich bulion, ale tylko z tych ekologicznych. Mam wtedy pewność, że nie były pryskane nie wiadomo jaką ilością „ulepszaczy”. W naszym przypadku rezygnacja z pieluszek jednorazowych na rzecz wielorazowych zmieniłaby diametralnie częstotliwość wyrzucania śmieci.

Recykling domowy
– obierki po marchewce i pietruszce –> bulion
– worki foliowe na chleb (wykorzystywane wielokrotnie)
– obierki od jabłek –> ocet jabłkowy
– warzywa rosołowe –> pasztet

Zero waste a pieniądze

Bardzo podobał mi się krótki rozdział na zakończenie książki „zero waste a pieniądze”, gdzie Kasia udowadnia, że takie życie wcale nie musi być drogie, bo tak się może czasem wydawać. Życie bezodpadowe w większości przypadków jest znacznie tańsze, ale dużo zależy od tego, jak nasze zachowania konsumenckie wyglądały w punkcie wyjścia.

„Wykorzystywanie tego, co już mam, i ponowne użycie z pozoru bezużytecznych rzeczy pomaga mi ograniczyć poziom konsumpcji, dzięki czemu również oszczędzam.”

W naszym przypadku całkowite życie zero waste nie różniłoby się specjalnie pod względem finansów. Pewnie zaoszczędzilibyśmy trochę na pieluszkach, jednak „zabrałoby” nam trochę więcej czasu (robienie kosmetyków, wyprawa do hipermarketu po produkty sypkie lub do sklepu „zero waste” we Wrocławiu).

 

 

Żyjąc we współczenym świecie, nie jesteśmy w stanie zupłnie nie generować śmieci. Według mnie nie ma też sensu utrudniać sobie maksymalnie życie dla samej idei. Należy jednak podejmować świadome wybory i w miarę możliwości zmniejszyć swój wkład w zaśmiecanie naszej planety. Jestem jednak bardzo daleka od namawiania do radykalnych działań. Nie możemy wszyscy wrócić do lasu, żyć w całkowitej zgodzie z naturą i nie produkować żadnych śmieci… Po pierwsze jest za dużo ludzi na świecie. Po drugie, sądzę, że mało kto chciałby takiego życia.

Można jednak zacząć od mniejszych kroków. Zamiast foliówek na warzywa używać wielorazowych worków. Zamiast ryżu czy kaszy w 100g foliowych torebkach wybierać te w kilogramowych lub większych opakowaniach. Zrezygnować z części zapakowanych produktów. Poza tym pozostają wybory… Jechać specjalnie na drugi koniec miasta, żeby kupić coś bez opakowania i zanieczyszczać środowisko? Czy kupić coś pod domem, ale w plastikowym opakowaniu? Zaopatrywać się w coś, tylko dlatego, że nie ma opakowania pomimo tego, że ma kiepski skład? Według mnie bez sensu jest się fiksować tylko na jednym aspekcie (opakowaniu), lepiej patrzeć na nasze otoczenie holistycznie. Za to bardzo podoba mi się metoda zaproponowana przez Beę Johnson (rety, to się tak powinno odmieniać? w każdym razie pani nazywa się Bea Johnson) metoda 5R:
1. Odmawiaj (rzeczy, których nie potrzebujesz) – refuse
2. Ograniczaj – reduce
3. Użyj ponownie – reuse
4. Oddaj do recyklingu – recycle
5. Kompostuj – rot

Podsumowując, myślę, że „Życie zero waste” autorstwa Kasi Wągrowskiej to bardzo ważna, otwierająca oczy książka i warto ją przeczytać. Nie musimy od razu wypowiadać wojny wszystkim śmieciom, ale możemy spróbować wprowadzić w życie choć część zirołejstowych pomysłów. Z pożytkiem nie tylko dla nas czy Planety, ale także naszego portfela. Jestem niezmiernie ciekawa, co o tym sądzicie?!


Jeśli planowanie posiłków to Twoja zmora mam dla Ciebie rozwiązanie 🙂
🍓🍆Roczny planer posiłków (do druku)🌽

Co w nim znajdziesz?
👉 Kalendarz warzyw sezonowych na każdy miesiąc
👉 Arkusze na ulubione potraw
👉 Szablony na tygodniowe plany menu
👉 Szablon na akcję tydzień z zapasów
👉 Pomysły na sezonowe dania
👉 Pomysły na wykorzystanie resztek i niemarnowania jedzenia

 

Do końca maja w obniżonej cenie 💪 👉👉http://bit.ly/planerposilkow

 

Oszczędnicka

30 Comments

  1. Rozumiem Twoje przywiązanie do mydła w płynie. To jeden z fajniejszych wynalazków! Gdy zaczynałam moją przygodę z zero waste, ciężko mi było pozbyć się mydła w płynie. Okazało się jednak, że zrobienie własnego jest bardzo proste i szybkie. Naprawdę. Wystarczy pokroić mydło w cienkie plasterki (robią się z niego wtedy wiórki), zalać gorącą wodą (20g mydła na 250ml wody – ewentualnie więcej/mniej, jeśli gęstość nie odpowiada) i spokojnie mieszać kilka minut, aż mydło się rozpuści. Nie trwa to długo. Skutecznie to praktykuję od miesięcy :).

  2. Bardzo mi się podoba Twoje zdroworozsądkowe podejście do tematu ZW. Sam tak robię i nie biczuję się witkami brzozowymi, gdy kupię coś w opakowaniu w sytuacji gdy czas/logistyka/zdarzenia losowe uniemożliwiają idealne planowanie zakupów. Choć muszę przyznać, że rzadko mi się to zdarza – ostatnio w pierwszym sklepie mi odmówili zapakowania do mojego pojemnika, więc wracając do domu podjechałem tramwajem do innego sklepu, gdzie mi nie robią problemów – takie już zero waste’owe zboczenie 😉

    Z tymi ilościami śmieci (przy tym samym stanie osobowym, co u Ciebie – tyle że już bez pieluch;) aż musiałem sprawdzić ile faktycznie generuje rodzina. Wyszło mi, że ja wyrzucam raz na tydzień 27 litrowy pojemnik zmieszanych, 11 litrowy z plastikami/tetra pakami oraz 11 litrowy z papierem. Ale od nowego roku będzie zmiana, bo wchodzą nowe przepisy dotyczące segregacji i pojawią się (przynajmniej w Poznaniu) pojemniki na odpady bio, więc będę musiał przeprowadzić ponowną konfigurację kosza 😉 A kto wie, może nawet jakiś kompostownik skombinuję na balkon…

    Ja generalnie uważam, że każdy powinien znaleźć swoistą równowagę między ekologią a komfortem, bo jak się na siłę próbuje być eko, to nic dobrego na dłuższą metę z tego raczej nie będzie.

    • O raju… tyle się napisałam, a komentarz wcięło ;P

      U nas na razie tego kosza na bio odpady nie będzie ;( A bardzo bym chciała, bo wtedy by można zrobić sobie osobny, maleńki pojemnik i codziennie, czy co kilka dni wyrzucać. Kręci mnie idea kompostowania, ale… nie mam balkonu… no i tak jak pisałam, w kuchni też się nie zmieści… Ale kiedyś, kiedyś… 😛

      Chyba muszę zrobić jeszcze jeden eksperyment, żeby sprawdzić, ile byśmy śmieci wyrzucali, gdyby nie pieluchy… 🙂 No i zagdzam się z Tobą w 100%, że najlepiej działać stopniowo i powoli wprowadzać do swojego życia eko zmiany 🙂

  3. Jeśli chodzi o mycie podłóg to dobrze sprawdza się zestaw woda+ocet+ewentualnie olejek eteryczny. Tylko, że wg moich obliczeń to nie wychodzi taniej niż kupny środek do podłóg. Ale jest bardziej ekologiczny i zdrowy. Jest to barszo ważne na etapie, gdy dziecko zaczyna pełzać, szczególnie jeśli ma tendencję do lizania podłogi 😉. Ocet szybko wyparowuje i nie ma problemu z zapachem. Moim zdaniem całkiem dobrze myje się podłogę gorąca wodą z odrobiną płynu do mycia naczyń. I najlepsze rozwiązanie pod względem chemii-mop lub myjka parowa. Z tym, że to z kolei zużywa energię elektryczną. Niestety nie jestem w stanie stwierdzić, co holistycznie jest najlepszym wyjściem- tzn jaki jest całościowy ślad węglowy.

    • Mam drewno olejowane na podłodze, żaden z podanych sposobów się nie nadaje 😉 Ale detergenty do mycia podłóg (takich zwykłych) mają zwykle identyczny skład jak płyn do mycia naczyń. Płytki w kuchni i w łazience właśnie płynem myjemy, używamy Froscha, jest biodegradowalny. Do reszty podłóg mamy specjalny środek, ale używamy go bardzo mało, wciąż ta sama butelka od 8 lat 😉

  4. Wyczekiwałam na Twojej recenzji książki. Mój mąż też jest oporny, nawet do zabierania ze sobą materiałowej torby i zawsze się tłumaczy „zapomniałem”. Ja z produktów suchych na wagę też zrezygnowałam i dopóki nie pojawią się mniejsze sklepy w mojej okolicy proponujące takie rozwiązania nie mam zamiaru takich zakupów robić. Na szczęście w większości to ja kupuję w warzywniaku:) do swoich torebek. Kompostownik by się przydał, ale do dżdżownic nie mogę się przekonać, nie chcę by mi gdzieś uciekały itd.

    • A to one takie uciekinierki są? 😉 Oszczędnicki na szczęście o torbach (prawie nigdy) nie zapomina, ale kiedyś miał podobne podejście, jak Twój mąż. Także kropla drąży skałę 😉

      Mam problem z tymi sypkimi w hipermarkecie. Kasia tam kupuje i ostatnio, na moje „płacze” o tych robalach, zasugerowała, żeby to po prostu zgłosić. No i ok. Może powinnam pójść i powiedzieć, ale z drugiej strony to i tak mnie to już zraziło do zakupów tam, bo jaką mam pewność, że nawet jeśli nie widzę tych moil, to że ich tam nie ma…

      • Bywają, jeśli kompostownik jest za suchy lub za mokry 😉 W przypadku kompostownika stojącego bezpośrednio na ziemi uciekają po prostu do gruntu, w przypadku wolno stojącego można je znaleźć wszędzie dookoła 😉

  5. Sama idea zero waste wydaje mi się fajna, zresztą zgadzam się z Twoim podejściem, żeby szukać obszarów, gdzie można ilość odpadów zniwelować, ale trzeba pamiętać o jakości (myślę tu o sypkich z supermarketów – blee). Chadzam z własnymi szmacianymi torbami na zakupy, mąż z reguły też „zapomina”😉. Zresztą ja jestem z domu nauczona, aby w aucie mieć duży koszyk na zakupy butelkowe, aby nie zużywać foliówek. Wkrada mi się jedno ale, odnośnie tego mydła w kostce. Są mydła w papierkach, ale część tych sklepowych opakowań i tak ma dodatek „czegoś”, żeby nie przepuszać wilgoci. Ja stosuje mydło w płynie, z którego mój dozownik robi piankę (takie rozwiązanie jest bardzo wydajne,a ja kupuję opakowanie uzupełniające), ktoś tu pisał, o własnoręcznym zrobieniu takiego mydła -super! I jeszcze dodam jedno, swego czasu miałam wykłady z tworzyw sztucznych, prowadzący był w nich zakochany, i powiedział, że owszem wszyscy hejtują plastiki (bo się będą wiecznie rozkładać) na korzyść papieru, natomiast recykling plastiku jest znacznie tańszy i prostszy, więc gdyby społeczeństwa sumiennie wyrzucały segregowane odpady i faktycznie przerabiały je ponownie, to ten plastik aż taki zły nie jest.

    • Wydaje mi się, że jakość np. makaronu czy strączków z takiego marketu nie jest zła, ale raczej już się nie przekonam do takich zakupów… z uwagi na te mole spożywcze.

      A z tym recyklingiem to się z Tobą zgadzam, ale… lepiej nie produkować (a potem przerabiać) tylko korzystać wielokrotnie np. ze szkła (ale i z plastiku:)) – papier też nie jest najlepszą opcją, bo tu najbardziej chodzi o taki plastik, który ma jednokrotne wykorzystanie, a potem ląduje w koszu (i jeśli papier ma jednokrotne zastosowanie, to jest traktowany tak samo).

      Jeśli chodzi o mydła to chodziło mi o takie z manufaktury lub z dobrym składem 🙂

  6. Tam, gdzie mi pasowało też ograniczyłam zużycie i odpady zanim poznałam nazwę zero waste. Używałam po prostu starych metod na oszczędzanie. Co mnie najbardziej dziwi, moja mama patrzy krzywo na te moje niektóre poczynania (co kiedyś było normą). Nie mogła się np. przekonać do pieluszek wielorazowych czy mycia okien szmatkami zamiast ręcznikami papierowymi. Tylko, że ja się kieruję głównie oszczędnościami. Jeżeli coś jest zbyt czasochłonne i problematyczne, to odpuszczam. Ale super, że to idzie w parze z ekologią.

    • A z pieluszkami to wcale się nie dziwię naszym Rodzicom czy Dziadkom, że nie chcą się do nich przekonać, bo oni pamiętają tetrówki… a to była totalna katorga 🙂 I nikt nie zrozumie, że można z własnej woli zrezygnować z wygody jednorazówek. Zresztą ja też wcale nie jestem taka przekonana, że się na to zdecyduję… myślę o tym, owszem… ale wygoda… wygoda 🙂

      • Nie jest tak źle. Jak masz odpowiednią ilość, to pranie, składanie, rozwieszanie to tylko ok. 15 min raz na dwa-trzy dni. Ale ja miałam chinki jakieś najtańsze z allegro i nie były niezawodne, na wyjścia czy na noc zakładałam pampersa, który dla mnie był pewniejszy. Inne dziewczyny polecają lepsze pieluchy: jakieś konkretne marki, wełniane i inne, które są bardziej chłonne, nie przeciekają, lepiej leżą ale też muszą o nie dbać bardziej (np. wełniane woskują chyba). Kosztują dwa-trzy razy więcej i ja tu już oszczędności nie widzę, jedynie eko podejście.

        Teraz już używam tylko pampersów. Z wielorazówek zrezygnowałam wraz z końcem lata, bo używałam tych samych co przy pierwszej córce i już masakrycznie przeciekały. Nie widziałam sensu kupowania zestawu nowych na te parę miesięcy.

        • Doświadczenia moich ciotek z przełomu czasów tetry i jednorazówek mówią, że dzieci pieluchowane wielorazowo łatwiej jest odpieluchować. Ciekawe czy z nowoczesnymi wielorazówkami jest podobnie.

          • Te nowoczesne są lepszej jakości, więc też tak działają, że dziecko nie czuje, że ma mokro, więc może nie być różnicy w odpieluchowaniu. Moim zdaniem to bardziej zależy od podejścia rodziców. Jak mieli dość wielorazówek to szybciej rezygnowali z pieluch…

          • Z przekazów raczej wynika, że z tetrą naturalnie było stosować metody dziś nazywane naturalną higieną niemowląt – zaobserwować kiedy dziecko moczy pieluchę, nauczyć się zauważać takie momenty i wykorzystywać je zdejmując pieluchę i pozwalając dziecku wysikać się nad nocnikiem. Jeśli współczesne wielorazówki działają podobnie do jednorazówek, to faktycznie chyba ich stosowanie nie ma takiego efektu.

          • Masz rację. teoretycznie dziecko też powinno odczuwać większy dyskomfort w mokrej pieluszce i chętniej robić np. na nocnik. Ale na moją starszą córkę to nie działało. Nie przeszkadzała jej b. mokra pieluszka czy mokre rajstopki jeżeli się w nie zsikała. Wiem, że niektórzy specjalnie przy odpieluchowaniu zakładają gorsze pieluchy czy nawet tetrę, żeby uzyskać efekty o jakich mówisz.

  7. Świetny wpis – ja ostatnio też zaczęłam oszczędzać pieniądze znacznie i muszę przyznać, że nieźle mi to wychodzi. Właśnie na takich 'waste’ można tutaj sporo zaoszczędzić, tylko mało kto o tym wie.

  8. Też jestem teraz na drodze do ZW – bbędę pisać o tym w styczniu. Podoba mi się Twoje analityczne podejście do sprawy. Co do sypkich właśnie też mnie martwią insekty oraz możliwość kupienia przeterminowanych rzeczy (np sklep z rzeczami na wagę mam pod domem gdzie właścicielka odpieczętowuje przeterminowane rzeczy z opakowań i sprzedaje na wagę!). A do lasu ja marzę się wyprowadzić! 🙂

    • Termin ważności to przy większości produktów sypkich sprawa umowna, bo przecież ryż czy makaron się nie przeterminuje 😉 Ale mole i inne robale… fuuuj to jest niemiła sprawa ;/

      I chciałabyś w tym lesie w taką mroźną zimę siedzieć? brrrr na samą myśl robi mi się lodowato ;P

  9. Też uważam, że lepsze są małe kroki, niż rzucenie się na głęboką wodę, a potem całkowita rezygnacja, bo jednak się nie udało. 🙂 Kubeczek menstruacyjny bardzo Ci polecam, jeśli nie masz problemu ze swoją fizjologią (część kobiet ma i to wpychanie paluchów jest dla nich nie do przejścia :)). Mi już finansowo się zwrócił, a teoretycznie mogę go używać jeszcze 4 lata A jeśli chodzi o waciki – malujesz paznokcie? Jeśli tak, to zostaw sobie te płatki do zmywacza po prostu 🙂 A, i jeszcze pytanie. Twoje podłogi są jakieś specjalistyczne? Bo ja do drewnianych rzeczywiście używam specjalnego płynu, ale do kafelków woda + ocet + płyn do naczyń. Moja babcia kiedyś myła wodą z płynem do naczyń po prostu i działało. 😀

  10. Bardzo fajnie że w tym wszystkim zachowujesz umiar i rozważasz całościowo, czy coś jest proekoologiczne:) Pozdrawiam

  11. Jeżeli chodzi o kremy to super jest zmydlona.pl na fb ale nie oszukujmy się jest o wiele drożej. Kupiłam raz zestaw do demakijażu: mleczko i tonik. Starczyło mi na dwa tygodnie i kosztowało 50 zł. Ja maluje się codziennie do pracy i z tego nie zrezygnuje 😁 tak samo mięso często kupuje w promocji kiedy jest np. jeden dzień terminu więc są w opakowaniach. Coś za coś. Jak kiedyś widziałam kasze i ryze w supermarkecie na wagę to wydawały mi się stare. Poza tym jak mam jechać gdzieś do centrum marnować czas i benzynę to nie wiem czy jest sens. Ogólnie chce kupić ta książkę i na pewno część wdroze w życie 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *