Jak przekonać męża do weganizmu, zero waste i oszczędności

Jak przekonać męża do weganizmu, zero waste i oszczędności? Właściwie, jak przekonać kogokolwiek w swoim najbliższym otoczeniu? Odpowiedź do wszystkich podpunktów jest jedna: przykładem. I na tym mogłabym właściwie zakończyć ten artykuł :P, ale napiszę Wam, jak to wyglądało u mnie.

 

Jak przekonać męża do weganizmu

 

Nigdy nie miałam wielkich problemów ze zbilansowanym jedzeniem. Nie mam żadnej wspaniałej historii, jak to schudłam kilkadziesiąt kilogramów, odrzucając śmieciowe jedzenie. Raczej przez całe swoje życie jadłam stosunkowo zdrowo. A przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Moja przygoda z weganizmem zaczęła się po urodzeniu Juniora. Miał mega wysypkę na nabiał, a jako że chciałam go dalej karmić piersią, odstawiłam nabiał.  Zaczęłam się bardziej interesować, co nam służy, a co nie. Przy rozszerzaniu diety znaleźliśmy naszą lokalną kooperatywę z eko-warzywami. Ciągle jeszcze jedliśmy mięso, ale staraliśmy się szukać sprawdzonych źródeł. Jajka mieliśmy ze wsi. Zaczęliśmy jeść więcej strączków. Chyba pierwsza stała potrawa w naszym domowym menu to harira. Kiedy Junior podrósł, wróciłam do nabiału, ale to już nie były takie ilości, jak wcześniej.

W ciąży z Najmłodszym przeczytałam Farmagedon i na chwilę mną to wstrząsnęło, ale wtedy jeszcze nie zrezygnowałam z produktów odzwierzęcych. W międzyczasie Oszczędnicki zaczął czytać etykiety i trochę się interesować zdrowym jedzeniem. Znacząco ograniczył słodkie i słone przekąski (a kiedyś był totalnie uzależniony!).
Będąc w ciąży, pracowałam na mniejszy wymiar godzin i byłam więcej w domu, więc głównie to ja gotowałam. Zazwyczaj bezmięsnie. Czasem szukałam potraw „przypominających mięso”. Ale na początku Oszczędnicki często marudził, że jak to tak bez mięsa. Zrezygnowaliśmy jednak zupełnie z przetworzonych produktów typu szynki, kiełbaski, parówki.

Po urodzeniu Najmłodszego sytuacja z nabiałem się powtórzyła. Wpadliśmy z Oszczędnickim na Netflixa i obejrzeliśmy „Cowspiracy”. Ja przerobiłam jeszcze „Wybory Żywieniowe”, „Forks over Knives” i „What the health” (chociaż ten ostatni film jest mocno przerysowany) i zupełnie zrezygnowałam z mięsa i nabiału. Powiedziałam też, że nie będę go więcej przygotowywać.

Od tego czasu Oszczędnicki raz na kilka miesięcy kupuje sobie ekopierś z kurczaka czy kaczkę. Chłopcy jedzą w żłobku i przedszkolu to, co wszystkie dzieci, ale w domu nasza dieta opiera się przede wszystkim na strączkach i warzywach (chociaż od glutenu też nie stronimy ).

U nas to nie była żadna rewolucja, tylko raczej ewolucja. Powoli, krok po kroku zmniejszaliśmy ilość lub eliminowaliśmy pewne pokarmy w naszej diecie. Jeśli miałabym dawać jakieś rady, to wydaje mi się, że większość facetów potrzebuje porządnie się najeść i nie wyobrażam sobie „weganizmu sałatkowego”… Właściwie w naszej strefie klimatycznej to dla nikogo sobie takiego weganizmi nie wyobrażam… Szczególni jesienią lub zimą. Celowałabym zatem w sycące dania, typu curry, potrawki, bardzo gęste zupy – na początku pomaga też fakt, jeśli „mięsnie” się kojarzą. Warzywne kotlety dają radę. No i przyprawa wędzona papryka działa cuda.

Oczywiście nikogo nie namawiam do całkowitej rezygnacji z produktów odzwierzęcych, chociaż sama uważam, że to najlepsza dieta, ale warto, chociaż ograniczyć ilość tych przetworów w swoim jadłospisie. No i trzeba pamiętać o tym, że dieta wegańska wcale nie musi być synonimem zdrowej – bo jest mnóstwo przetworzonych wegańskich artykułów, ale to nie o to chodzi!

 

 

 

Jak przekonać męża do zero/less waste

 

Sama jestem początkującą adeptką ruchu zero waste. Dostrzegam problem jednorazowości dzisiejszego świata, ale jeszcze mimo wszystko w niektórych aspektach cenię sobie wygodę. Poza tym to wszystko nie jest takie proste, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Pomijając marnowanie jedzenia, kompulsywne zakupy, szybką, jednorazową modę i tym podobne czasem ciężko stwierdzić, które wybory są najbardziej odpowiednie (dla nas i dla planety). Bo, co jest lepsze/gorsze – kupować mięso/wędliny/ser do własnego pojemnika – wiedząc, ile energii i pośrednich etapów było potrzebne, żeby to wyprodukować, czy kupić strączki zapakowane w folię? Czy mamy patrzeć tylko na aspekt zalewającego nas plastiku, czy może na całokształt sytuacji? To nie są łatwe wybory, nie wiem, czy ktokolwiek ma na nie odpowiedź. Wydaje mi się, że każdy z nas musi sam podjąć decyzję, co się dla niego liczy.

Jeżeli druga strona nie jest przekonana do konieczności ograniczania produkcji śmieci, możecie tylko pokazać, że niektóre działania wcale nie wymagają dużo wysiłku. Zacznijcie od małych kroczków i nie frustrujcie się, że nie zapala się do wszystkich pomysłów tak, jak Wy.

W naszym domu dalej produkujemy zbyt wiele śmieci. Nie wspominając już o jednorazowych pieluszkach. Ale staramy się w miarę możliwości zmniejszać nasz negatywny wpływ na Planetę. Według mnie to, że (prawie) nie jemy produktów odzwierzęcych, ma bardzo duże znaczenie. Ale nie rezygnuję z np. z tofu w plastiku, czy też ze strączków w folii. Jeśli mam wybór opakowania, to stawiam na papier lub szkło, ale jeśli nie, nie posypuję sobie głowy popiołem. Oszczędnicki jest znacznie mniej entuzjastycznie nastawiony do tych działań, bo uważa, że nasze działania i tak nic nie zmienią. Byliśmy kilka lat temu w podróży dookoła świata i widzieliśmy jak segregacja i utylizacja śmieci (a raczej brak powyższych) wygląda w innych zakątkach globu. I faktycznie w tym kontekście, nasze pojedyncze działania to nawet nie jest kropla… ale to, że ktoś kradnie, nie znaczy, że my też mamy zacząć, prawda?

Plastik jest dalej obecny w naszym życiu, ale jest go znacznie mniej, niż kiedyś. Jesteśmy też dużo bardziej uważni w naszych wyborach żywieniowych, ubraniowych i ogólnie zakupowych.

 

Jak przekonać męża do oszczędności

 

Jedno jest pewne, nic na siłę. Trzeba też pamiętać o tym, że pochodzimy z różnych domów i możemy mieć zupełnie odmienne podejście do finansów. Idealnie by było, gdybyście umówili się na finansową randkę, ale jeśli czujecie bardzo duży opór materii po drugiej stronie, nie naciskajcie. Same zacznijcie planować budżet albo chociaż jego część (np. jedną kategorię, za którą weźmiecie odpowiedzialność) szukajcie bezbolesnych oszczędności i po prostu pokażcie efekty Waszych działań. Jeśli problemem jest spisywanie wydatków, zobaczcie świetny system z wykorzystaniem darmowych narzędzi.

Pamiętajcie, że w większości przypadków lepsza jest ewolucja niż rewolucja.

Jeżeli chodzi o aspekt finansów, to dobraliśmy się z Oszczędnickim idealnie. Mamy bardzo podobne podejście do pieniędzy, naszych potrzeb i przyszłości. Różnimy się jednak, jeśli chodzi o sposób pomnażania funduszy, ja jestem raczej ostrożna, a mąż chętnie angażuje się w (jak dla mnie) ryzykowne akcje. Ale dzielimy nasze „środki do pomnażania” mniej więcej po równo i każdy z nas odpowiada za swoją część :).

A jak to jest u Was? Może macie jakieś swoje patenty?

W lutym zapraszam do specjalnej oszczędnickiej grupy, gdzie będziemy planować posiłki! 😉

 

 

Oszczędnicka