Ogarnij swoje finanse w 52 tygodnie. Tydzień 25

7

Zgodnie z zapowiedzią wracamy do kuchni. Przetestowałyście dobrze wcześniejsze zadania? Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami w komentarzach. U nas tygodniowy plan menu ciągle jeszcze nie może się zakorzenić. Udaje nam się planować na 4, czasem 5 dni do przodu. Właściwie sama nie wiem, czy to aż taka różnica, czy musi to być koniecznie tydzień? Jakie są Wasze doświadczenia? Wiem, że niektórzy planują nawet miesięczne jadłospisy, ale to już dla mnie wyższa szkoła jazdy :).

Jeśli dopiero dziś trafiłaś na ten cykl, zerknij na poprzednie zadania:

Zacznij od najważniejszych:
Tydzień 1: Podlicz, ile masz pieniędzy.
Tydzień 2: Finansowe rozmowy.
Tydzień 4: Fundusz awaryjny.
Tydzień 5: Budżet domowy.
Tydzień 6: Poduszka bezpieczeństwa.

Pozostałe zadania rób w dogodnym dla Ciebie czasie
Tydzień 3: Rachunkowy dzień.
Tydzień 7: Podwyżka.
Tydzień 8: Podnoszenie kwalifikacji (za darmo).
Tydzień 9: Podnoszenie kwalifikacji językowych (za darmo).
Tydzień 10: Rozlicz PIT
Tydzień 11: Marka
Tydzień 12: Napoje gazowane
Tydzień 13: Tydzień z zapasów
Tydzień 14: Odgruzowanie mieszkania: szafy
Tydzień 15: Odgruzowanie mieszkania: papierowy świat
Tydzień 16: Odgruzowanie mieszkania: inne
Tydzień 17: Odgruzowanie mieszkania: dziecięce skarby
Tydzień 18: Zaatakuj swoje długi
Tydzień 19: Jedz sezonowo
Tydzień 20: Księga cen
Tydzień 21: Planuj tygodniowe menu
Tydzień 22: Mięso – wybieraj mądrze
Tydzień 23: Negocjuj
Tydzień 24: Fundusz wydatków nieregularnych

Dzisiaj zadanie, które dla niektórych będzie banalnie proste, a dla innych stanowić będzie spore wyzwanie. Co jest bohaterem dzisiejszego wpisu? –> „jedzenie na mieście”.  Oczywiście nie chodzi mi o to , żeby całkowicie wyeliminować posiłki poza domem, ale przede wszystkim zdać sobie sprawę, dlaczego tak się stołujemy? Wydaje Ci się, że nie masz czasu, czy nie lubisz gotować? Jesteś zbyt zmęczona, po powrocie z pracy? A może wynika to z przeświadczenia, że gotowanie, to trudna sztuka?
Jeśli jedzenie w restauracjach sprawia Ci przyjemność i jesteś całkowicie świadoma ilości wydawanych pieniędzy, to inna bajka. Natomiast, jeśli posiłkujesz się którąś z wyżej wymienionych wymówek (lub podobną) to spróbuj zmienić nastawienie, chociaż na miesiąc. Dobre planowanie posiłków pomoże uniknąć sytuacji, gdy jesz „na mieście”, bo „nie miałaś czasu” zrobić czegoś w domu. (Chociaż wiem z własnego doświadczenia, że na początku nie jest to proste).  Niebawem podzielę się sprawdzonymi, szybkimi i tanimi przepisami :).

Jak już wcześniej pisałam, nie namawiam do całkowitej rezygnacji z jedzenia poza domem. Nam też zdarza się odwiedzić jakieś restauracje, pizzerie, burgerownie czy nawet bary. Ale wszystkie te wizyty są intencjonalne i świadomie rezygnujemy wtedy z posiłku w domu.

Zadanie 25: (Zazwyczaj) jedz w domu.

 

A Ty jak często jadasz na mieście? Z jakich powodów to robisz? Jestem niezmiernie Ciekawa Twojej opinii!

 


Nie chcesz przegapić kolejnych wpisów z serii Ogarnij swoje finanse w 52 tygodnie? – zapisz się na newsletter. Zapraszam Cię też do facebookowej grupy, gdzie znajdziesz motywację i wsparcie


Jeśli uważasz, że ten wpis jest wartościowy i może się komuś z Twojego otoczenia przydać, proszę, prześlij go dalej, udostępnij lub po prostu powiedz o nim Twoim znajomym. Szczególnie zależy mi na dotarciu do kobiet, które zazwyczaj nie czytają „finansowych blogów”. Pomóż mi do nich dotrzeć! Dziękuję, że jesteś!

Oszczędnicka

  • Ruda

    Bardzo lubię jeść na mieście, a Kraków ma pod tym względem dużo do zaoferowania. Począwszy od śniadań aż do bardzo późnych obiadów. Niemniej jednak mam potem kaca moralno-finansowego, więc ograniczam te wyjścia. W zasadzie są dwa główne powody takich wyjść: 1. spotkanie ze znajomymi lub wspólny wyjazd; 2. potrzeba zresetowania się, wyznaczenie „mentalnego” zakończenia dnia pracy.
    Jem 2 razy w tygodniu poza domem w stołówce u klienta dla którego pracuję, ale nie traktuję tego jako jedzenie na mieście – po pierwsze: obiady są pyszne, zdrowe i smakują jak domowe, po drugie: są bardzo tanie (płaci się tylko za produkty). Wobec tego za obiad płacę od 6 do 13 złotych, więc nie różni się to od ceny domowych obiadów.
    Staram się jednak oszczędzać na wyjazdach: zabieram ze sobą kanapki, żeby nie stołować się w nieznanych przydrożnych knajpach, robię kawę w kubkach termalnych (naprawdę duża oszczędność przy dwóch osobach).

    • Takie „przydrożne” knajpy z paskudnym jedzeniem to „moja zmora”. Chyba najgorzej jest w tzw. kurortach, gdzie duża ilość restauracji/jadłodajni nastawiona jest na jednorazowe wizyty. Ludzie muszą/chcą gdzieś zjeść. A będąc pierwszy raz w danym miejscu nie mają pojęcia gdzie. A jeśli jeszcze w innych knajpach nie ma już miejsca dotrą w końcu do takiej, która niestety nie oferuje zbyt wiele poza wysokimi cenami.

      Rety, wygląda trochę tak jakbym okrutnie narzekała na stan polskich restauracji i barów, ale chyba jeszcze „nie przetrawiłam” naszego krótkiego nadmorskiego wypoczynku 😛

      • Ruda

        Też się wzdrygam na myśl o takich restauracjach (krytych strzechą „Dworkach kasztelana” czy „Gospodach u Basieńki”). Niestety – ilość ceni się nad jakość. Kiedyś może zachęcało mnie hasło: tanio i dużo, ale teraz wolę mniej, smaczniej, zdrowiej. Ostatnie jem też dużo mniej mięsa, więc w takich miejscach nie mam dużego wyboru.

        • Skąd ja to znam :) Tym bardziej, że jestem w stanie zjeść naprawdę duże ilości (choć zupełnie po mnie tego nie widać)…
          Zastanawiałam się nad morzem, co bym jadła w nadmorskich knajpach jakbym była weganką… chyba nic bym nie znalazła…

          • Ruda

            Kiedyś zamówiłam danie, które figurowało jako jarskie, tj. pierogi z kapustą i grzybami polane… tluszczykiem z boczkiem.

          • Hahahaha :) był tekst „przecież tylko troszeczkę” albo „przecież może sobie Pani zdjąć ten boczek, co za problem?!” 😛

  • Przyznaję się, że jadamy na mieście średnio 1 raz w tygodniu, po prostu dlatego, że w sobotę wolę odpocząć niż stać przy garach, a takie wspólne wyjście na obiad to też mała „randka” dla naszego 5 letniego małżeństwa:)

    • Czyli zaplanowane w budżecie cotygodniowe wyjście :) Relaks i randka – i o to chodzi!

  • Zazwyczaj jadamy z narzeczonym w domu, od jakiś kilku miesięcy robimy zakupy na cały tydzień i planujemy posiłki z jednodniowym wyprzedzeniem:) Co do jedzenia na mieście, zdarza się, jednak teraz jako po prostu zaplanowane wyjście we dwoje lub ze znajomymi, a nie wymówka, że nie mam co zjeść lub nie chce mi się gotować:)

  • My raczej nie jemy na miescie 😉 Pewnie z tego tez wzgledu ze mamy malego szkraba a i mieszkamy na wsi a do pierwszej takiej lepszej knajpki mamy kawalek drogi 😉

    • Czyli dziecko sposobem na oszczędności? 😛

      • Hmm nie koniecznie, powiem szczerze ze jakos nigdy nie przepadalam za taki jedzeniem w restauracjach, zawsze bylo cos co mi nie podeszlo… to nie doprawione, to jakies w nie odpowiednim smaku, lub dodatki ktore nie przechodzily mi przez gardlo, chyba wole sobie sama gotowac i przynajmniej wiem co jem. W dodatku kiedys pracowalam w 3 roznych restauracjach i w jednym barze i niestety wiem co sie czasami dzieje na kuchniach takich miejsc, wiec zdecydowanie wole wiedziec co mam na talerzu, z kad to pochodzi i przez co przeszlo 😉

  • Z małymi przerwami planujemy od jesieni albo i dłużej posiłki 😉 Przede wszystkim pozwala nam to pozbyć się zapasów, a i wiemy co dokupić. Dodatkowo ta świadomość, że skoro planujemy to nie marnujemy czasu i jest zdrowo, bo unikamy pokusy szybkich, tanich dań.Same plusy! :)
    Mój D. uwielbia jeść na mieście, ja średnio, jakoś tak na mieście jestem bardziej wybredna i musi być idealne bym nie grymasiła, ale skoro płacę… 😉 Od czasu do czasu jednak miło gdzieś wyjść, poznać nowe miejsce.

  • Ja staram się jadać w domu i zwykle mi to wychodzi, ale gdy tylko umawiam się z kimś – czy to na pogaduchy, czy na cokolwiek innego, kończy się jedzeniem na mieście. A później mam wyrzuty sumienia, bo to niezdrowe, drogie i ogólnie mało korzystne, zwłaszcza, że staram się odżywiać zdrowo. I szlag zawsze trafia moje postanowienia, by więcej na mieście nie jeść, bo z moją asertywnością krucho i odmówić nie potrafię. :(

  • Wcześniej zdarzało się to rzeczywiście często. Tak 1-2 razy w tygodniu? Odkąd zostałam mamą – zero 😛 Siłą rzeczy nie mam zaufania do dań jakie mogę zjeść „na mieście”. I myślę, że okaże się to zbawienne dla naszych domowych finansów 😀